Książki Heleny Sekuły
Ślad węża
Hermes Zoo, przedsiębiorstwo, gdzie Bogna stara się zdobyć względnie stale miejsce, zajmuje się szeroko pojętą reklamą, projektuje i produkuje wszystko, co służy budowie image'u wytwórców i popularności ich towarów: film, obraz, słowo, znak graficzny dla różnego rodzaju opakowań i same opakowania, nalepki, ulotki, etykiety, plakaty, metki, szyldy i propagandę w massmediach.
Budynek szpetny, nowobogacki, pseudonowoczesny, ze szkła i metalu. Sztampowa tandeta, jaką zaczęto zaśmiecać miasto. Bardzo nowy menadżer zwykł mawiać, że to budowla na miarę XXI wieku.
- W czym mogę pomóc? - wypełnia sobą wejście portier w wygalonowanej liberii o kompleksji zapaśnika.
-  Staż próbny.
-  Szan-pani zamówiona na dzisiaj? Szan-pani zamówiona.
-  Sabi, próbna, z naszej plastyky - zawiadamia gladiator ścianę obłożoną syntetycznym marmurem i zaraz na schodach pojawiają się nogi. Przez dobrą chwilę widać tylko wciąż coraz dłuższe nogi, dopiero później ukazuje się rąbek popielatego tweedu, wreszcie szczątek spódniczki i reszta bardzo efektownej, młodej osoby.
Na półpiętrze sekretariat i gabinet szefa.
- Numer osiemdziesiąty szósty - anonsuje Sabi, wychodzi i zamyka dźwiękoszczelne ognio-wodo-gazo- odporne drzwi, opatrzone tabliczką znamionową nadzwyczajnej firmy znanej od Pacyfiku po Kamczatkę i z powrotem.
Gabinet obszerny. Biały. Oprzyrządowanie czarne. Jedna niecka duża, trzy mniejsze wyłożone poduchami z czarnego tworzywa udającego skórę. W jednej z niecek siedzi facet w ciemnoszarym garniturze, popielatej koszuli, krawacie barwy dymu i dynda nogą w modnym kamaszu przypominającym skrzyżowanie buta ortopedycznego ze sztybletem. Na widok Bogny niemrawo wygrzebuje się spośród tapicerki i przenosi do czarnego blatu wspartego na dwóch pionowych kwadratach oraz poprzecznym prostokącie. Na tym blacie oprócz komputera i aparatów łączności jedna, jedyna teczka barwy żrącej czerwieni.
Użytkownik pomieszczenia zaprasza Bognę na samotne, względnie normalne krzesło, ustawione po przeciwnej stronie geometrycznych konstrukcji. Jego palec wskazujący zaczyna zmagania z klawiaturą Hewlett Packard. Od strony Bogny nie widać co wyświetla monitor.
-  ... pani nie ma łatwości w kontaktach aaa... aaam międzyludzkich... - z tonu nie sposób wywnioskować czy facet twierdzi, czy pyta. Pauzy między słowami wypełnia dźwiękiem przypominającym gardłowe aaa, przemiennie z aaam.
Aaacz - kwalifikuje Bogna. Zamiast swojskiego eee, które cechuje tubylców, ziomkowie przebywający dłużej lub krócej za granicą, zwłaszcza w Ameryce, preferują pierwszą literę alfabetu, być może bliższą duchowi języka angielskiego w amerykańskim wydaniu. Bogna nie jest pewna, z angielskim jest osłuchana tylko z ćwiczeń córki. Owo aaa podchwyciły snoby i gwałtowna inwazja Aa-aczów grozi zagładą rdzennie polskim Eeeczom.
-  Nie mam żadnych trudności, przeciwnie wielką łatwość jednania sobie ludzi - łże Bogna.
Magdalena, podchodząca naukowo do życiowych supłów, swoje doświadczenia z dziedziny starań o pracę w coraz trudniejszych warunkach, wsparte literaturą fachową, przekazała Bognie.
-  Nigdy nie mów, że czegoś nie umiesz, nie znasz, dotychczas nie robiłaś, nie masz praktyki.
-  Proszę... aaa... aaam zapoznać się z oceną biegłego - szef przestaje dręczyć komputer, gmera w tej samotnej czerwonej teczce leżącej na biurku. Zawartość teczki stanowi jedyny dokument, który podaje Bognie.
Bogna ogląda podpis: (-) doktor, adiunkt, faksymile nieczytelne.
Opinia:
?Typ leptosomiczny. Temperament schizotyniczny. Skłonność do autyzmu. Zatapiania w sobie. Wytworzenie ściśle indywidualnej strefy wewnętrznej. Obcego rzeczywistości świata marzeń, idei lub zasad z obojętnym lub uczuciowo zabarwionym uchylaniem się od kontaktu z masą bliźnich albo chłodnym przebywaniem wśród nich, bez interesowania się nimi i potrzeby wewnętrznego powiązania. Schizotynicy: wytrwali, energiczni, niezłomni, pryncypialni i konsekwentni. Natury władcze. Ocena według typologii Kretschmera," Passus o uchylaniu się od kontaktów z masą bliźnich podkreślono. Takie są rezultaty wielostronicowego testu, który otrzymała na początku, oceniła jako goniący w piętkę, i wypełniła byle zbyć.
- Wolę terminologię Sheldona: typ ektomorficzny. Brzmi znacznie lepiej i nie ma obawy pomylenia schizotynika ze schizofrenikiem, a odpowiada leptosomowi według Kretschmera, podobnie Pendego: typ steniczny. Nie są tak autorytarni jak Kretschmer. Nie mam zaufania do facetów głoszących jedynie słuszne prawdy.
- Aaaam... interesujące, proszę mówić dalej.
- Poza wszystkim należy pamiętać, o czym doktor adiunkt, kwalifikujący mnie do odnośnego typu, w ogóle nie wspomina. Otóż cechy osobowości stanowią wynik działania genotypu w określonych okolicznościach. Zasadniczy wpływ mają uwarunkowania środowiskowe i kulturowe. Ja na przykład wcale nie jestem naturą władczą - zapewnia Bogna i mimo ?chłodnego przebywania wśród bliźnich" ciepło myśli o Magdalenie, która przygotowała ją na podobną okoliczność.
-  Osłuchaj się z typologią, żebyś wiedziała, o co chodzi, jak ci wyświetlą twój rentgen psychiczny. Okropnie teraz w modzie naukowe podejście do rekrutacji kadr. Dopust boży. Na wszelki wypadek poczytaj Spenglera.
Bogna nie zajrzała nawet do Spenglera, teraz żałuje. Jej wiedza z dziedziny typologii wyczerpana. Prawdopodobnie nie ma już nic do stracenia, przynajmniej pomądrzyłaby się przed tym Aaaczem patrzącym na nią baranim wzrokiem.

Ślad węża (2004, wyd. ANTA)
 
Tęczowy cocktail (wznowienie)

  - Na wiadomość o śmierci syna zakupiła podwójne miejsce na cmentarzu w Poznaniu - mówił kierownik poznańskiej grupy X. - Do pracy w perfumerii przyjęła przed dwoma dniami nową ekspedientkę, drogistkę. Do Krakowa pojechała sama. Sprawia wrażenie kompletnie załamanej.
- Muszę mieć fotografię Jana Majerskiego z lat przedwojennych - powiedział Korosz.
Wszedł pułkownik Lis.
- Rozpoznałeś znaczenie numeru 4789621? - zapytał Korosza.
- Nie.
- Paryska przesyłka?
- Krąży między Paryżem a Warszawą.
- Myślę, że to przynęta dla nas.
- Heniek, muszę przeprowadzić tajną rewizję - zmienionym tonem powiedział Korosz.
- Co musisz przeprowadzić, dziecino? - zapytał miękko Lis.
- Tajną rewizję.
- Nie znam takiego określenia, synku.
- Nie wygłupiaj się, mówię poważnie.
- Ja także mówię najzupełniej poważnie - wyjaśnił Lis.
- Obiecałeś mi nieograniczone pełnomocnictwa przy tej sprawie.
- Otrzymałeś je.
- Wobec tego przeprowadzę tajną rewizję u Zdanowicza.
- Nie zgadzam się.
- Przeprowadzę bez twojej zgody.
- Jakie masz dowody?
- Jesteś wyjątkowym specjalistą od jezuickich pytań - zniecierpliwił się major. - Wiesz dobrze, że gdybym miał dowody, nie proponowałbym ci tajnej rewizji.
- Jakie masz poszlaki?
- Kontakty z Majerskim.
- Jakie kontakty? jakie? - pół czarnej w kawiarni Bristolu? Ty to nazywasz poszlakami? Zwariowałeś!
- Przestań się zgrywać - skrzywił się Korosz. - Czy ty naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego, że jedyny ślad to Zdanowicz, że z braku innych musimy trzymać się tego śladu?
- Wiem, i co z tego?
- Nie czujesz, że to dobry ślad?
- O uczuciach to możesz sobie mówić w łóżku z dziewczyną.
- Zostaw te wątpliwe dowcipy - zdenerwował się Korosz. - Żądam rzeczowej rozmowy.
- Nigdy mi się nie zdarzyło - powiedział chłodno Lis - przeprowadzać tajnej rewizji, gdy jedynym dowodem było uczucie, że to dobry ślad.
Korosz zamilkł - znał upór Lisa. Poza tym pułkownik miał rację.
- Chłopaki z inwigilacji głupieją z nudów przy Zdanowiczu - zauważył major. - Całymi dniami nic się nie dzieje.
- Kup im bromu - mruknął Lis.
- Porozmawiajmy beznamiętnie - przemógł się Korosz. - Uważasz, że należy czekać?
- Jak najbardziej. Jeżeli ta człowiek z grupy ?Atlas", to musi coś robić, musi. Jeżeli miał coś wspólnego - poza wypiciem kawy w Bristolu - z Majerskim, a prawdopodobnie miał, musi odczekać zainteresowanie tym wypadkiem.
- Czekaj! A może on ma wątpliwości, czy milicja uwierzyła w nieszczęśliwy wypadek?
- To też bardzo możliwe, ale nie zapominaj o kamieniach.
- Nic nie wiemy o tym, skąd Majerski je miał. Nie wiemy również, czy Zdanowicz o nich wiedział - zauważył Korosz.
- W tym rzecz. Majerski mógł je ukraść komuś z członków bandy; może to żelazny kapitał całej grupy ?Atlas", który sprzeniewierzył. Mógł zostać zabity z wyroku dintojry, a mogła to być i osobista zemsta kogoś spoza członków grupy ?Atlas".
- Jeżeli to dintojra za sprzeniewierzenie - powiedział major - to dlaczego nie odebrali Majerskiemu kamieni?
- Może nie mieli na to czasu? - zastanowił się Lis.
- Wiesz, to bardzo możliwe - przerwał major. - Od początku dziwi mnie, dlaczego pozostawiono mu dokumenty... Sądzę, że Majerskiego chcieli usunąć inaczej. Coś im pokrzyżowało plany. Wypadek kolejowy zaimprowizowano w ostatniej chwili, kiedy inne sposoby zawiodły. Prawdopodobnie dlatego znaleźliśmy przy Majerskim kamienie i dokumenty.
- Czy ekspertyza listu, który miał w kieszeni, wniosła coś? - zainteresował się Lis.
- Nic. Specjaliści zaklinają się, że jeżeli to szyfr - to świeżo wynaleziony, i to przez moich przemytników, podobnie jak i numer telefonu. Jeżeli już mowa o Majerskim, muszę ci powiedzieć, że czekam na pomiary antropologiczne z Krakowa i na jego przedwojenne zdjęcie.
- Ciekawe... - ożywił się Lis. - Podejrzewasz, że?...
- W tej chwili moje podejrzenia są bardzo mgliste - przerwał niechętnie major - ale na wszelki wypadek...
Pomiary antropologiczne inspektor otrzymał następnego dnia. Fotografia Majerskiego nadeszła z Poznania po tygodniu. Pożółkła odbitka pocztówkowego formatu była grupowym zdjęciem zrobionym na pamiątkę zakończenia studiów. Zdjęcie, zgodnie z modą tamtych lat, przedstawiało dwadzieścia pięć owali. W każdym z nich widniała męska głowa. Pod każdym owalem wypisano kaligraficznym pismem imię i nazwisko młodego mężczyzny.
Inspektor obejrzał przez szkło powiększające każdy owal. Wszystkie twarze były uroczyste, jednakowo odświętnie upozowane. W trzecim rzędzie owali dostrzegł nazwisko: Jan Majerski.
Major zapakował odbitkę, zdjęcie Majerskiego odklejone z paszportu, pomiary antropologiczne i maskę pośmiertną. Pojechał do Zakładu Kryminalistyki.
Gdy wyjaśnił kierownikowi działu fotografii, że potrzebna mu jest bardzo wyraźna powiększona kopia owalu Majerskiego, ten spojrzał na pożółkły kartonik i skrzywił się wymownie. Wygłosił kilka sceptycznych uwag i zastrzegł się, że nie ręczy za efekt. Po kwadransie jednak major otrzymał jeszcze wilgotne, wyraźne kopie.
Zaczęła się skomplikowana i bardzo trudna ekspertyza.

Tęczowy cocktail (2006, wyd. Wielki Sen)

 
Wstęga Kaina
W tę niedzielę poszedł do kościoła na pierwszą mszę, jedyne odstępstwo od zwyczaju. Dzień zapowiadał się bardzo gorący, nikomu nawet przez myśl nie przemknęło, że tym razem miał inne powody by wysłuchać wcześniejszego nabożeństwa, zamiast uroczystej sumy. Gdy wrócił, jak zwykle poczekał aż wyjdą Lalki korzystające z wolnego dnia, potem zamknął furtę, spuścił psy i otworzył drzwi prowadzące na wybieg po drugiej stronie domu. Wszystko robił za pomocą fotokomórki, nie opuszczając boksu nadzorcy, ukryty za lustrzanymi szybami.
Spokojnie zjadł obiad. Zabrał klucze od pomieszczeń gospodarczych. Odprawił swoją Włoszkę, pomoc kucharza. Nie, dzisiaj podczas sjesty nie legną w jego komórce. I nie odczuwał żalu, że nigdy więcej nie zobaczy tej kobiety.
- Szef pozostawił dyspozycje co do ciebie - zatrzymał Nową przed wejściem do ogrodu.
Nic niezwykłego, niektórzy klienci zamawiają Lalki do domu. W dni świąteczne z dostawą na miejsce kosztuje wielokrotność swojej ceny, odpowiednio też kształtuje się jej procent. Nowa jest już dostatecznie obyta ze zwyczajami, aby to wiedzieć. Przystaje, z nienawiścią spogląda na Silenzia z wysokości schodów, ale nie mówi słowa i zawraca na górę.
Złamali jej kręgosłup, myśli Silenzio. Ona teraz usłucha każdego. Odczuwa nieznaną dotychczas przykrość i żal do Nowej za jej lalkowatą uległość, chociaż to mu ułatwia zadanie.
- Przebierz się - podaje zawiniątko, sukienkę i pantofle kupione w tanim pasażu dzielnicy handlowej w piątek po otrzymaniu tygodniówki. Wtedy nagle zdecydował się uciec razem z Nową.
Kretonowa sukienka w biało niebieską kratkę na sztywnej halce, seryjna krynolina zapinana na guziki z dopasowaną górą i kołnierzykiem be-be, białe czółenka na szpilkach upodobniają Nową do standardowych dziewczyn zaludniających wówczas miasta na całym świecie, naśladujących bardziej lub mniej udolnie sławny pierwowzór, francuską aktorkę Brigit Bardot.
Podziemnym przejściem prowadzi Nową do garażu. Wprawdzie przed domem widzieć ich mogły tylko stróżujące psy, lecz Silenzio wiedziony instynktem kłusownika nie zaniedbuje żadnej ostrożności.
Jadą przez wyludnione ulice. Silenzio wybrał czas sjesty, przynajmniej tyle wie, że przez najbliższe cztery godziny nikt nie przyjdzie go sprawdzać, nawet nikt nie podniesie słuchawki telefonu.
Upał.
Gorąco jak w chlebowym piecu. Wóz, zwyczajny fiat służący wszystkim wysyłanym z banalnymi zleceniami, nie ma klimatyzacji. Znośniej robi się dopiero za miastem, szosa przybliża się ku zatoce całej w falbanach żagli, przez opuszczone szyby wpada powiew bryzy i studzi krople potu na czole Nowej.
- Nie pytasz dokąd cię wiozę?
- Co za różnica - wzrusza ramionami Nowa. Oczy ma wbite w widok za oknem, ani razu nie spojrzała na Silenzia.
- Chcesz ze mną uciec?
Nowa podnosi wzrok na. Silenzia. Głośno przełyka ślinę i przerzuca na drugie ramię pędzel włosów przewiązany u nasady. Nie ufa  Ręce Domu, boi się nawet słuchać tego co mówi, nie stać jej na myślenie o ucieczce, chociaż po raz pierwszy odkąd przywieziono ją do Genui, ma na sobie zwyczajną, sukienkę i wciąż oddala się od Domu Lalek.
- O coś cię pytałem - Silenzia niepokoi jej milczenie.
Niektóre Lalki zmuszone do uległości robią się niemrawe, w jakiś sposób przypominają, zabawki z uszkodzonym mechanizmem. Z czasem jednym to przechodzi, inne żyją z dnia na dzień, apatyczne, osowiałe, jak przetrącone.
- Słyszysz, mamy szansę uciec!
Milczenie.
- Wolisz się zedrzeć jak ścierka?
- Niedawno mówiłeś coś innego.
- A co miałem mówić.
- Dlaczego nie pomogłeś kiedy cię prosiłam?
Teraz on milczy. Nic ładnego nie umie wymyślić, a prawda nie nadaje się na odpowiedź. Nie wiedział czego chce, nie rozumiał czym ona jest dla niego, chociaż rozmawiał z nią nie więcej niż trzy razy.
Rozmawiał? Zamienił kilka słów. Przecież nie powie jej teraz, że wahał się i chciał ją ze siebie wydrzeć, żałując pieniędzy jakie z pewnością wyda z zaoszczędzonych, i nieznośnie ciężko było porzucać jeszcze niezarobione, lecz które zarobiłby przez następne pięć lat gdyby pozostał w Domu Lalek, bo tyle postanowił tam jeszcze przepracować, zanim nie opętała go ona, Nowa.
Od dawna obliczył wszystko co do grosza z procentami i procentami od procentów bo właśnie zaczął się oswajać z myślą złożenia swoich kapitałów w banku. O wartość pensji był spokojny. Nie mogła wynosić mniej niż czterysta dolarów tygodniowo, bez względu na kurs lira w odniesieniu do amerykańskiej waluty. Teraz znowu pożałował tamtych pieniędzy, tym bardziej, że utraconych bezpowrotnie. Ogarnęły go wątpliwości, czy Nowa warta poniesionych strat i nakładów.
- Dlaczego ryzykujesz?
- Dla ciebie.
- Jeśli nas złapią zrobią coś strasznego, sam mówiłeś.
- Nie myśl o tym. Nie damy się. Jeszcze nic nie wiedzą. Dopiero koło szóstej może zatelefonować Szef. Podłączyłem robota, zawiadomi, że jestem na terenie. Godzina zysku. A może wcale nie zatelefonuje. On mi wierzy. Nie przyjdzie mu do głowy co za numer wyciąłem.
- Boję się.
- Ze mną możesz się nie bać, chociaż jestem zwyczajny wsiowy chłopak - mówi Silenzio i czeka zaprzeczenia. Wcale nie czuje się przeciętnym wieśniakiem, lecz Nowa nie mówi nic.
Słońce przebyło kawał łuku, zelżał upał, chłodzi rześki powiew od gór. Wysoko na tle czystego nieba widać siodło Simplonu. Jak mechaniczne zabawki pną się auta po zakolach szosy, spiralą dążą nad urwiskiem ku obniżonej grani między dwoma szczytami, kędy bieży droga łącząca Szwajcarię z Półwyspem Apenińskim.
- Wysiadamy. Musimy pozbyć się wozu. Niedługo mogą zacząć nas szukać. Mają pozór żeby uruchomić nawet niepodkupioną policję. Kradzież samochodu. Rozumiesz?
- Co z nim zrobisz?
- Zaczekasz tutaj, skoczę do miasteczka, może uda się go sprzedać. Warto chociażby i za ćwierć ceny. Będzie nam trzeba pieniędzy. Na początek jak znalazł.
Nowa boi się pozostać sama, ale milczy.
- Zepchnąć w dół, niby wypadek? - medytuje Silenzio i wie, że czegoś podobnego nie zrobi. Za nic. Nie jest w stanie zniszczyć sprawnej, przydatnej rzeczy, wartej żywą gotówkę. To dobre w filmie oglądanym w telewizji, lecz on, Silenzio, nie jest ekranowym gangsterem.
- Zostaw w widocznym miejscu. Policja na niego się natknie. Zwróci. Przynajmniej nie narazisz się za kradzież auta.
- Wisieć za jedną nogę czy za dwie, to samo - ponad siły Silenzia jest wyrzec się tej ostatniej korzyści.
W warsztacie obok stacji benzynowej otwartej mimo niedzieli, musi dokonać wyboru. Może zamienić fiata na stare combi z dopłatą albo sprzedać. Instynkt łowcy podpowiada, że w świecie zmotoryzowanych łatwiej ukryć się pieszym i opiera pokusie wygody.
Nowa nie zabiera głosu. Drepcze za Silenziem w nowiutkich genueńskich czółenkach boczną drogą prowadzącą skrajem regla, bo Silenzio zaraz po wyzbyciu się samochodu ucieka od szosy.

Wstęga Kaina (2007, wyd. Wielki Sen)
 
Kieliszek Bordeaux
Dużą powierzchnię pokoju zajmował piec do wypalania ceramiki. W jego pobliżu stało zwyczajne koło garncarskie. W podłużnych rynnach zaschły różne masy ceramiczne. Długa zakopiańska ława zastawiona była ceramiką.
Stały na niej misy i amfory o ciekawych kształtach, płaskie reliefy, kafle i ozdobne płytki ceramiczne; część przedmiotów była z czerwonej wypalanej gliny, inne z kamionki o najróżniejszych odcieniach: od koloru błękitnawego dymu, poprzez wszystkie jego odcienie, aż do nasyconej, aksamitnej czerni. Przykuwała oczy różnorodność form, niepowtarzających się ornamentów, bogactwo niespotykanych kompozycji barw.
Każdy z tych przedmiotów był małym arcydziełem, zdradzał rzadką wyobraźnię i kunszt artysty dużej klasy.
Opodal zakopiańskiej ławy umieszczone było urządzenie do galwanizacji - wanienki, półokrągłe rynny pełne różnych chemicznych cieczy. W oddzielnej skrzynce leżały łańcuszki o najróżniejszym splocie, ornamencie i wielkości ogniw. Jedne - przygotowane do galwanicznego pokrycia ich srebrem, inne - ułożone w miękko wysłanych kasetkach były już posrebrzane.
Na ściennej półce stały rzędem ciemne słoiki, zakręcane butelki z odczynnikami. Prawie wszystkie opatrzone były nalepkami ostrzegawczymi - zawierały bowiem najróżniejsze związki o działaniu silnie toksycznym. Przeważnie były to związki cyjanków różnych metali, używane w technice galwanizerskiej.
Major jednak na próżno szukał naczynia z cyjankiem, którym został otruty właściciel tej pracowni, artysta-ceramik Igor Ordon. Tego związku, w najbardziej czystej postaci, cyjanku nieposiadającego ani smaku, ani zapachu nie znalazł w pracowni Ordona. Czyżby go rzeczywiście nigdy tam nie było?
Część mieszkalną pracowni, prostokątną alkowę, odgradzała kotara z ciężkiej tkaniny o delikatnych, spełzłych barwach. Po bliższym obejrzeniu, major zorientował się, sądząc po fakturze i wzorze, że był to bardzo stary, flamandzki gobelin. Ta piękna tkanina, miejscami umiejętnie pocerowana, przedstawiała znaczną wartość. Major ostrożnie odsunął cenną materię.
Ściany w kolorze złota zdobiła wielka czarno-biała reprodukcja Corridy Picassa, w wąskiej, ciemnej ramie. Nad niskim tapczanem, nakrytym białą puszystą skórą, wisiał pociemniały bułat, skałkowa inkrustowana masą perłową strzelba i myśliwski kordelas z rogową rękojeścią. Jedną ścianę zajmował regał pełen książek, stał przy nim stolik i dwa głębokie fotele.
Inspektor przeglądał książki - wszystkie traktowały o ceramice, rodzajach glinki, właściwościach różnych tworzyw, farbach ceramicznych. Album pełen kolorowych plansz przedstawiał zdjęcia wyrobów ceramicznych wszelkich form i zastosowań: kamionkowe misy, kafle, płytki i wiele kolorowych kobiecych ozdób. Pod każdym zdjęciem powtarzał się napis: projektował Igor Ordon.
Sprawa zaczęła się typowo. Dozorca domu powiedział dzielnicowemu, że jednego z lokatorów - Igora Ordona, plastyka - nie widział od dwóch tygodni. To, że go nie widział, nie miało większego znaczenia, bo często nie bywało go miesiącami, ale mniej więcej od dziesięciu dni bez przerwy pali się tam światło i prawie ciągle dość głośno gra radio - nawet w nocy. Sąsiedzi już się kilkakrotnie na to skarżyli. Skargi sąsiadów na Ordona również nie były niczym niezwykłym - były one częste i to - zdaniem dozorcy - z bardziej istotnych powodów niż głośno grające radio.
Dzielnicowy sprowadził ślusarza i w asyście dozorcy otworzono pracownię, mieszczącą się na piątym piętrze.
Igor Ordon nie żył.
Gdy major Korosz - inspektor służby kryminalnej Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej - przyjechał z ekipą dochodzeniową, z mieszkania buchał upał i nieznośny trupi zaduch, ryczało radio. Skrupulatny dzielnicowy, wierny zakazowi, że przed przybyciem ekspertów na miejsce wypadku nie wolno nic ruszyć, nie tknął nawet radia.
W pracowni piec do wypalania ceramiki zamykany na hermetyczną śrubę, ział gorącem. Za kotarą z flamandzkiego gobelinu głęboki fotel wypełniało obrzękłe ciało Igora Ordona z odrzuconą na oparcie głową. Na stoliku stała butelka francuskiego Bordeaux i jeden kryształowy kieliszek z resztką wina na dnie.
Gdy major zobaczył tę scenerię - zorientował się, że dochodzenie nie będzie łatwe.
Oczywiście jeszcze tego samego dnia po wykonaniu ekspertyz w Zakładzie Kryminalistyki Komendy Głównej Milicji wiadomo było, że: Igor Ordon wypił wino z silną dawką cyjanku. Stwierdzono obecność tej trucizny w reszcie wina pozostałej w kieliszku Bordeaux. Natomiast wino w butelce nie było zatrute. Na kieliszku znaleziono odciski palców otrutego. Staranne oględziny butelki nie ujawniły żadnego śladu linii papilarnych.
Nasuwało się przypuszczenie, że to nie plastyk nalewał wino do kieliszka, a prawdopodobnie zabójca. Po otruciu Ordona starannie usunął z butelki ślady, które mogły go zdradzić. Prawdopodobnie pił wino z Ordonem, ale swój kieliszek albo umył, albo zniszczył. Przemawiał za tym założeniem jeszcze fakt, że popielniczka - duża symetryczna misa z czarnej kamionki - była bez jednego niedopałka, idealnie wyczyszczona. Na niej również nie znaleziono żadnych śladów.
Ani w pracowni, ani w części mieszkalnej, ani w przedpokoju i łazience - nie znaleziono nic, co mogłoby przynajmniej w przybliżeniu wskazać kierunek zaczynającemu się śledztwu.
A więc pierwszy minus dochodzenia - absolutny brak śladów. Drugim poważnym minusem była wysoka temperatura ceramicznego pieca, w którym akurat wypalała się partia przepięknych korali, klamer, brosz i różnego rodzaju ozdób. Temperatura ta wpłynęła decydująco na przyspieszenie rozkładu ciała.
Medycy sądowi nie byli w stanie określić jak dawno zmarł otruty.
Trzecią niewiadomą były motywy zbrodni. Zemsta? Rabunek? Porachunki osobiste?
W pracowni nie widać było śladów jakiegokolwiek gwałtownego działania, poszukiwań, czy oczywistego rabunku. Inna rzecz, że w całym pomieszczeniu oprócz flamandzkiego gobelinu, nie znaleziono nic specjalnie wartościowego - oczywiście poza ceramiką, która przedstawiała wartości niewymierne i nie mogła być brana pod uwagę jako dowód morderstwa albo przedmiot łupu.
Zmarły miał na ręku zegarek, w portfelu około tysiąc złotych drobnymi banknotami. W ściennej szafie wisiały dwa ubrania, podniszczona skóra, płaszcz z orlonu i aparat fotograficzny dobrej marki.
Major Korosz odłożył album z kolorowymi reprodukcjami prac zmarłego plastyka. Grzebał dalej w książkach. Między grubymi tomami natknął się na pękatą, kartonową teczkę. Posypały się jakieś kwity, rachunki.
Teczkę postanowił zabrać ze sobą, nie chciało mu się teraz przeglądać jej zawartości.
Rozejrzał się po wnętrzu. W kącie części mieszkalnej - za kotarą z flamandzkiego gobelinu - był mały barek. Odsunął drzwiczki. Stało tam kilka talerzy, kieliszków i oplatana wikliną butelka do połowy napełniona jakimś koniakiem.

Kieliszek Bordeaux (2007, wyd. Wielki Sen)
 
Siedem diabłów dziadka Osiornego (wznowienie)

- Co chcesz przez to powiedzieć? - poderwał się Władeczek.
- A to! - wyszczerzył się Kometa. - To, co powiedziałem... Ja z siebie kozła nie dam zrobić, niech pan mnie lepiej nie tyka, bo jak przyjdzie co do czego, wszystko powiem!
- Co na ten przykład?
- Już pan wie, to, co pana najbardziej boli! Ja tu tylko odźwierny jestem, w najgorszym razie na ile pójdę doszkoły, na rok? Tyle to i na żyletce przesiedzieć można.
- I pomyśleć, że ja taką wesz z gnoju wyciągnąłem! Słuchaj i zapamiętaj: nie takich kozaków wyławiali z Wisły, nawet mury cię nie ochronią... Nieszczęścia chodzą po ludziach! - Władeczek powiedział to spokojnie i ten spokój był nie mniej złowrogi niż sens słów.
- Ja nie zaskieruję! - usiłował sprostować swój wybuch Kometa. - Ale czemu mi pan takie wredne pytanie postawił! Ja przecież nie wróg, ale za bezdurno, z dobrej woli uszu po sobie nie położę. Przecież mi pan niezawinione morderstwo chciał wmówić!
- Na miłość boską, przestańcie się żreć! Porę sobie znaleźli, aby do oczu skakać, wszystkich nas jeden wózek wiezie. - Nela przeistoczyła się w gołąbka, zapominając, że przed chwilą sama groziła szefowi.
- Głupi jesteś, żadnych wrednych pytań ci nie stawiam, przecież na policji nic o tobie nie wiedzą. Nikt z nas o tobie nie wspomniał i nie wspomni - podkreślił Władeczek.
- A teraz gadać prawdę: nic u Ceśki nie ruszaliście po moim wyjściu?
- Nic... Ja tylko... - zająknęła się Nela - flaszkę koniaku i kieliszek jej dostawiłam, bo... tak bez sensu w tym fotelu ją posadziliście.
- Tylko! - Władeczek chwycił się za głowę. - Uuch! Ty głupoto...
- Tylko bez wyrazów! - wrzasnęła Nela.
- Wrobisz nas wszystkich, jak twoje paluchy tam znajdą!
- Przez ręcznik brałam, nie tylko ty jesteś mądry! - wyjaśniła z dumą.
Władeczek wyraźnie odetchnął.
- Coś jeszcze ulepszyła?
Nela zaklęła się, że już nic.
- Ile hajcu ci drapnęli, tylko nie zawyżaj, ja nie jestem PZU, odszkodowania i tak ci nie dam!
- Dwieście.
- A teraz nóżki na stół, piekielne dziateczki. Kasetka to nie wasza robota? Bo jak w tym ogólnym mętliku zobaczyliście zakitowaną Ceśkę i ten wymieszany pokój, pewnie pomyśleliście, że kasetka też ma prawo zginąć? No, które się skusiło? Czy też oboje razem? - Omiótł ich spojrzeniem. - Ogłaszam amnestię, jeśli się teraz dobrowolnie przyznacie. Słowo! - Milczeli. - Śpiewać mi, do diabła, bo jak sam dojdę, dopiero poznacie moją rękę.
- Ty głupiejesz z tych nerwów - odzyskała mowę Nela. - Stuknij się w głowę, co mnie albo Komecie, chociaż obwieś, po twojej kasetce? Wszystkie dane u ciebie, a tu gołe numery, już nie mówiąc, że ona stalowa, a klucz też u ciebie. No to co by nam z tego przyszło, sam powiedz?
- Musiałem się upewnić, bo teraz przynajmniej wiem, kto ją chapnął... To znaczy, że da się odzyskać, bo jemu już na pewno do niczego się nie przyda.
Natarczywie zabrzmiał dzwonek u drzwi. Umilkli, popatrzyli po sobie.
- Kryj się, Kometa - rozkazał Władeczek.
- A ty? - zaniepokoiła się Nela. - Jeśli to kapitan...
- Jestem we własnym domu! Ty się boisz teraz sama być wieczorami! No, nie patrz jak krowa morska, zlikwiduj kieliszek Komety, a nam polej gorzały...
Dzwonek odezwał się znów.
- Dzwoni sygnałem... to któraś z dziewczyn - odetchnął nadsłuchujący Kometa.
Madonna wpadła jak bomba. Zamurowało ją na widok zastawionego stołu i tej spokojnej, jak jej się wydawało, trójki.
- Kazałem ci się trzymać z daleka! - skarcił ją Władeczek. Dziewczyna określiła dosadnie, gdzie ma jego zakaz. Powiedziała to wysokim głosikiem i tonem nieznośnej dziewczynki. Potrząsnęła głową, odrzucając z delikatnej buzi popielate, proste włosy. Była piękna i świeża, głos miała dźwięczny, nie zdarty jeszcze przez alkohol.
- Heca w mieście, szoferaki szukają taryfiarza, który miał zabrać jakiegoś kulasa.
- Kto ci to powiedział? - poderwał się Władeczek.
- A kto, kierowca, jechałam taryfą... Nie  spadnij z krzesła, Władeczek, jak ci powiem, skąd miał być zabrany ten kulas... - wyczekała moment - spod twojej stajni, stąd, a szoferów napuściło emo, co ty na to?
- Ja nawet widziałem tego kulasa i nie spadłem z krzesła. Siedzi u Mostowskich, sam kapitan mi go okazał, tak! Moje dzieci, trzymajcie się taty, a nie zginiecie... Z tą rewelacją przyszłaś?
- Nie, z inną! Glina o mnie pytał - zawiadomiła ponuro.
- Wielka rzecz, one też muszą pokazać, że nie za darmo pensje biorą.

Siedem diabłów dziadka Osiornego (2008, "Wzywam 07" t. 1, wyd. Vesper)

 
<< Początek < Poprzedni 1 2 3 4 5 6 Dalej > Ostatnie >>

Strona 5 z 6
klubmord powieść milicyjna
statystyka